Archive for the ‘Archiwa z Retro Czcionki’ Category

Honory dla policjantów

Wednesday, July 24th, 2002

Wczoraj, w przededniu Święta Policji, w Rybnickim Centrum Kultury odbyła się okolicznościowa uroczystość. Przybyli na nią przedstawiciele instytucji w mieście, które na co dzień współpracują ze stróżami prawa. Byli także przedstawiciele władz Rybnika oraz sąsiednich Gaszowic i Czerwionki-Leszczyn.W czasie spotkania policjantom wręczono mianowania na wyższe stopnie. Ośmiu stróżów prawa otrzymało stopnie oficerskie. Dwunastu policjantów awansowało na stopień aspiranta, dziesięciu funkcjonariuszom przyznano stopień aspiranta sztabowego. W rybnickiej komendzie jest też dwudziestu dwóch nowych sierżantów (jedenastu starszych sierżantów, czterech sierżantów i siedmiu sierżantów sztabowych). Czternastu stróżom prawa przyznano stopnie starszych posterunkowych.

Wyróżniający się policjanci otrzymali nagrody pieniężne, które ufundowały samorządy Rybnika i Czerwionki-Leszczyn. Prezydent Adam Fudali przekazał również komendzie medal wybity z okazji ośmiu wieków Rybnika. Nie zabrakło życzeń. Szefowie Straży Miejskiej życzyli swoim kolegom “zdrowia, zdrowia i jeszcze raz… pieniędzy”, a strażacy – nowego, dobrego szefa (konkurs na komendanta jest nadal nierozstrzygnięty).

Przedstawiciel śląskiego komendata policji, młodszy inspektor Michał Terlega, nie miał niestety dobrych wieści dla rybnickich kolegów po fachu. – Tegoroczny budżet policji jest najniższy od czterech lat. W 1999 roku mieliśmy aż o 60 procent więcej pieniędzy niż teraz – mówił mundurowy.

Nadkomisarz Piotr Tomszak, pełniący obowiązki szefa rybnickich stróżów prawa, zauważył, że dawniej sytuacja finansowa policji była znacznie lepsza. – Niestety, mundur nie był wówczas szanowany. Teraz jest inaczej. Mam nadzieję, że dobra praca policji zostanie również doceniona materialnie – dodał nadkom. Tomszak.

Autor artykułu: ADRIAN KARPETA

Most jest bezpieczny

Wednesday, July 24th, 2002

Po tekście w “DZ” wodzisławscy urzędnicy zbadali stan mostu na rzece Leśnicy przy ulicy Targowej. Orzekli, że obiekt nie grozi zawaleniem. Wczoraj do naszej redakcji nadeszło pismo w tej sprawie. Jest to odpowiedź na obawy jednego z mieszkańców. Nasz stały Czytelnik zauważył, że zbrojenie budowli jest spękane i zniszczone. Odpadają też cegły. Zaniepokojny napisał więc list do “DZ”.

- Uszkodzona została jedynie okładzina kamienna przyczółków mostowych, natomiast same przyczółki betonowe posiadają zwartą konstrukcję, bez rys i spękań – uspokaja Wojciech Mitko, wiceprezydent Wodzisławia.

Zarząd Miasta zlecił już opracowanie kosztorysu robót naprawczych. Termin wykonania na razie nie jest znany.

Autor artykułu: (isa)

Pies jak lekarstwo

Wednesday, July 24th, 2002

Karo i Wiwi to przepiękne owczarki szkockie collie. Przechodnie zachwycają się ich wspaniałym wyglądem, dzieci wyciągają ręce, żeby je pogłaskać. Te psy są jednak nie tylko ładne, są też niezwykle mądre. Tę cechę postanowiła wykorzystać ich właścicielka Agnieszka Gorażdża, rehabilitantka z Rybnika.

Od stycznia razem ze swoimi pupilami jeździ do Warszawy na kurs dogoterapii organizowany przez fundację CZE-NE-KA. Od kilku miesięcy Karo i Wiwi spotykają się z niepełnosprawnymi dziećmi. Efekty tych spotkań wręcz zadziwiają panią Agnieszkę.

- Dogoterapia to w Polsce bardzo nowatorska dziedzina – opowiada rehabilitantka. – Bardzo trudno znaleźć jakiekolwiek materiały na ten temat. Dzięki Internetowi trafiłam wreszcie do Warszawy.

Na świecie dogoterapia ma nieco dłuższą historię. W 1964 roku po raz pierwszy padło określenie zooterapia, czyli terapia z udziałem zwierząt. Określenia użył Boris Levision, amerykański psychiatra dziecięcy, który pracował z dziećmi autystycznymi. Zauważył, że pacjenci mający duże trudności w nawiązywaniu kontaktów z dorosłymi, bez problemu zaprzyjaźnili się z jego psem. Od tej pory w wielu krajach zaczęły powstawać stowarzyszenia, których zadaniem jest propagowanie terapii z udziałem zwierząt.

W 1977 roku powołano międzynarodową organizację Delta Society, która zajmuje się badaniem więzi między ludźmi a zwierzętami. Badania przekonały naukowców, że psy doskonale spełniają wymagania programu terapii z udziałem zwierząt. Dlatego z zooterapii wyodrębniono dogoterapię.

Podczas kursu pani Agnieszka uczy się teorii oraz, razem ze swoimi psami, bierze udział w zajęciach praktycznych. Karo i Wiwi nauczyły się bardzo szybko spokojnego “chodzenia przy nodze”, gdy drugi koniec smyczy trzyma np. niepełnosprawne dziecko. Podczas zabawy z rzucaniem piłeczki, psy bardzo sprawiedliwie przynoszą rzucony przedmiot po kolei każdej osobie. Nie denerwują się też zupełnie, gdy dzieci godzinami czeszą ich sierść i przypinają kolorowe spinki…

- Nigdy nie miałam wątpliwości ani obaw związanych z dogoterapią. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wprowadziliśmy zajęcia z psami – mówi Danuta Reclik, kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej, które prowadzi rybnickie koło Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym. Pani kierownik zadbała jedynie o sprawdzenie, czy osoba prowadząca dogoterapię ma odpowiednie kwalifikacje, bacznie przyglądała się też zajęciom. Wkrótce doszła do wniosku że wszystko jest w porządku, a podopieczni WTZ zaczęli traktować spotkania z psami jak normalne zajęcia.

- Dzięki dogoterapii młodzież niepełnosprawna intelektualnie i pobudzona psychoruchowo może się wyciszyć – uważa szefowa placówki. – Uczestnicy naszych warsztatów mogą żyć dużo lepiej m.in. dzięki kontaktom ze zwierzętami.

Pani Agnieszka, Karo i Wiwi odwiedzają nie tylko WTZ, są też częstymi gośćmi w ośrodku hipoterapii w Rybniku. Jeżdżą również na indywidualne zajęcia np. do niewidomego dziecka. – Często sama jestem zaskoczona efektami – przyznaje Agnieszka Gorażdża. – Uważam, że collie doskonale nadają się do dogoterapii. Mają długą sierść, co prowokuje dzieci do głaskania i czesania. Poza tym są bardzo łagodne.

Autor artykułu: KARINA SIERADZKA

Szybka droga przez centrum miasta to marzenie kierowców

Tuesday, July 23rd, 2002

Kierowcy z niecierpliwością wyczekują zakończenia budowy mostu, który ma połączyć ulicę generała De Gaulle’a i aleję Korfantego. Od jego starszych kolegów różnić go będzie przede wszystkim udźwig, sięgający aż 50 ton. Warto tu dodać, że przeciętny TIR waży około 12 ton. Nowy most ma umożliwić swobodny przejazd między południowymi, a północnymi dzielnicami miasta. Poza tym udrożni centrum.

- Dzięki połączeniu tych dwóch ulic będzie można szybciej opuścić miasto. To szczególnie ważne dla tych, którzy kierują się na Kraków lub Wrocław – mówi Grzegorz Janecki, naczelnik wydziału inwestycji i rozwoju Urzędu Miejskiego.

Na most złoży się żelbetowa estakada o długości 260 m, jednak cały przejezdny odcinek będzie sobie liczył aż 470 m. Estakada składać się będzie z siedmiu przęseł. Szeroka na 16 m i 25 cm jezdnia liczyć ma cztery pasy ruchu. Droga pobiegnie nad obecnym parkiem i nie zakłóci jego obecnego kształtu. W rejonie ul. Wolności powstanie podziemny tunel dla pieszych, do którego poprowadzą schody i pochylnia dla osób niepełnosprawnych. Gdy budowa zostanie zakończona, teren zostanie zagospodarowany zielenią. Inwestycja pochłonie 13 mln. zł. Aby natomiast przeciwdziałać korkom w rejonie tego mostu pomyślano o nowej organizacji ruchu.

- Najlepsze inwestycje, to inwestycje w telekomunikację i infrastruturę miasta. Ponieważ Zabrze nie ma problemów z telekomunikacją, więc teraz przyszedł czas na infrastrukturę – mówi Grzegorz Janecki. – Prace trwają pełną parą, więc zarówno kierowcy jak i piesi będą mogli cieszyć się nowym mostem w październiku.

Autor artykułu: MAREK KOZIEŁ

Pętla z przebojami

Tuesday, July 23rd, 2002

25 godzin w trasie, nieco więcej niż 20 godzin “czystej jazdy”, na liczniku 506 kilometrów – to wynik, jaki osiągnęła trójka rowerzystów, która założyła sobie, by w w ciągu doby, licząc przerwy, przejechać pięćsetkilometrową pętlę wokół Polski.

Wyczynu tego postanowili dokonać zabrzanin Andrzej Macha oraz jego przyjaciele Adam i Marek Wyrozumscy z Rudy Śląskiej. Rowerzyści wyjechali punktualnie o północy spod zabrzańskiego Mc Donalds’a. W to samo miejsce wrócili w niedzielę po 25 godzinach.

- Nie chcieliśmy oficjalnie bić rekordu, choć wiemy, że obecnie należy on do rowerzystów z Człuchowa, którzy w 40. godzin przejechali 700 kilometrów. Nasza średnia jest lepsza, choć nie mieliśmy żadnego zabezpieczenia z zewnątrz – dodają rowerzyści.

We znaki przede wszystkim dawał im się potworny upał – stąd przystanki były nieco częstsze, niż początkowo zamierzone trzy przerwy. Jednemu z rowerzystów nieco zaszkodził także zjedzony w Łasku posiłek… Mimo tego Andrzej i Adam stawili się wczoraj w swoim miejscu pracy – Zabrzańskich Zakładach Mechanicznych. Marek jako student korzysta z uroków wakacji… Przed nimi znacznie poważniejsza ekspedycja – Wyspa Południowa Nowej Zelandii. Rowerzyści chcą się tam wybrać pod koniec tego roku.

Autor artykułu: (jh)

Pieskie wakacje

Tuesday, July 23rd, 2002

Co zrobić z psem, gdy jedziemy na urlop? Przywiązać do drzewa w lesie, przerzucić przez płot schroniska albo wypchnąć z pędzącego auta? Niektórzy ludzie są gorsi od zwierząt – mówi Ewa Sosna, kierownik schroniska w Biskupicach. – Nie, nie chcę opisywać, z jakim okrucieństwem pozbywają się swoich psów i kotów.

Ostatnio w Kończycach leśniczy, będący świadkiem porzucenia psa, zdążył zanotować numer rejestracyjny pojazdu. Niestety, piesek uciekł do lasu. Kiedy go odnaleziono, był odwodniony i zszokowany. Mimo natychmiastowej pomocy weterynarza zdechł. Właściciela czeka sprawa w sądzie.
Pechowych czworonogów jest o wiele więcej. Psy, którym uda się przeżyć na wolności dziczeją i mogą stanowić zagrożenie dla człowieka.

- Dostaliśmy informację o wałęsających się watahach zdziczałych psów w okolicach hałd KWK Makoszowy, ale nie możemy wysłać tam pracowników ze względu na zagrożenie zawaleniem pozostałości poprzemysłowych budynków – dodaje Ewa Sosna.

Obecnie w zabrzańskim schronisku jest 210 piesków. Najszybciej nowych właścicieli znajdują psy rasowe. Są też poważnym “zastrzykiem pieniędzy” dla schroniska. Za takiego pieska ludzie chętnie płacą i 100 złotych. Niestety, większość trafiających do schroniska psów to kundelki. Ludzie tłumacząc się sytuacją ekonomiczną, czy modną ostatnio “alergią” pozbywają się w ten sposób czworonogów, które wiernie służyły im przez kilkanaście lat.

W rudzkim, największym w południowej Polsce, bo liczącym 380 podopiecznych schronisku “szczyt” przyjęć minął na przełomie czerwca i lipca. Beata Drzymała, kierownik placówki twierdzi, że najwięcej bezpańskich psów znajduje zwłaszcza w dzielnicach willowych. Ludzie podrzucają je tam, myśląc, że szybko znajdą nowych właścicieli.

- W najgorszej sytuacji są psiaki wrzucane nam przez płot. Zdarza się to średnio dwa, trzy razy w tygodniu. Nasi podopieczni chodzą wolno, więc traktują każdego nowego przybysza jak intruza. W najlepszym wypadku zostaje boleśnie poszarpany. Często, zwłaszcza nocą , nie udaje nam się uchronić go przed śmiercią w męczarniach – utyskuje Beata Drzymała.

W rudzkim schronisku w tej chwili są dwa boksery, z których jeden ma widoczne zmiany skórne, a drugi połamane łapki. Schronisko opuszcza średnio jeden piesek dziennie. Opinię o dużej ilości bezpańskich psów w miastach dementuje Barbara Malinowska, kierownik schroniska w Gliwicach, choć i ona potwierdza, że wakacje to najgorszy okres. Tylko do połowy lipca w schronisku przybyło 30 psów, w tym kilka rasowych. W tej chwili jest tam piękny husky i dwie suczki, owczarki niemieckie.

- Po akcji przeprowadzonej na wniosek mieszkańców osiedli Gwardii Ludowej i Kopernika okazało się, że aż 99 proc. złapanych tam bez kagańca i znaczka psów miało właścicieli! Przy 13-14 tysiącach czworonogów w naszym mieście, bezpańskich jest około 260, czyli 2 proc. populacji. Reszta z wałęsających się psów ma po prostu nieodpowiedzialnych właścicieli – twierdzi Barbara Malinowska.

Zazwyczaj sąsiedzi, zwłaszcza dzieci, nie mają problemów ze wskazaniem sprawców. Szkoda tylko, żę straż miejska rzadko ich karze. Najbardziej drastyczne przypadki w ostatnim czasie, to według Barbary Malinowskiej wyrzucenie przez dwie kobiety pieska w Brzezince z pędzącego, bordowego, eleganckiego samochodu (tu, podobnie jak w Zabrzu, świadkom udało się zanotować numer rejestracyjny wozu) i przyprowadzenie do azylu dziesięcioletniego psa, którego, jak się dzień później okazało, wieloletnia właścicielka twierdziła, że znalazła go na ulicy. Kobietę zdemaskował… syn!

Zwierzęta cierpią fizycznie i psychicznie, podobnie jak ludzie. Chętnym do zaoferowania dachu nad głową psu lub kotu podajemy telefony schronisk. Gliwice 305 09 43, Ruda Śląska 248 03 62 i Zabrze 271 47 97.

Autor artykułu: BARTEK MARTYNA, ELŻBIETA ADRYAŃSKA

Kolarstwo dla zdrowia

Monday, July 22nd, 2002

Pochodzący z Koziegłów, a mieszkający obecnie w Zawadzie koło Kłomnic Dariusz Flak, przez osiem lat uprawiał zawodowo kolarstwo w LKS Błękitni Koziegłowy. Wycofał się z niego w 1989 r. będąc w kategorii wiekowej junior. W tamtych czasach nie udało mu się nigdy stanąć na podium mistrzostw Polski. W tym roku zdobył w kategorii masters Ib (30-40 lat) trzy srebrne medale.

- Powróciłem do kolarstwa ze względów zdrowotnych. Miałem olbrzymią nadwagę ważąc 130 kg. Na początku nie myślałem, że będę się jeszcze kiedyś ścigał i odnosił sukcesy. W ubiegłym roku, po dwóch latach treningu i znaczącym zbiciu wagi, zacząłem się jednak liczyć wśród najlepszych – wspomina kolarz.

Wrócić do uprawiania sportu było mu bardzo ciężko. Pomagała w tym cała rodzina, znajomi. Ambicje kolarskie jednak miał od początku. Jak mówi, nie wyglądało to jak typowo rekreacyjna jazda. – Zawsze ta sportowa krew w człowieku krąży – nadmienia. Najpierw trenował z kolegami z Radomska. Miał kilku przyjaciół, którzy wciągali go na rower, kiedy brakowało mu zapału. Startował początkowo w barwach Roca Piotrków Trybunalski.

- Miałem z klubem utrudniony kontakt. Spotykaliśmy się tylko w niedzielę, na treningach. Nie było żadnych informacji ani broszur o wyścigach – opowiada D. Flak.

Postanowił więc przenieść się do Częstochowskiego Towarzystwa Cyklistów. – Zdecydowałem się na zmianę klubu i był to dobry wybór. Tutaj działacze są pasjonatami. To bardzo pomaga. Namówiłem do przejścia do tego klubu jeszcze kilku moich kolegów – twierdzi nasz rozmówca.

Ubiegły sezon zaczął od startu w mistrzostwach Polski w jeździe indywidualnej na czas w Koziegłowach, do którego namówił go kolega. Bez przygotowania pod kątem “czasówki” zajął tam 14. miejsce. Wysoka pozycja zmobilizowała go do kolejnych startów. W mistrzostwach Polski ze startu wspólnego był 9., a w jeździe parami – 7.

- Postanowiłem solidnie przygotować się do sezonu 2002; trenażer w pokoju, basen, sauna. Zimą ze względu na to, że pracuję zawodowo nie mogłem sobie pozwolić na treningi na rowerze na szosie – wyjaśnia.

Żeby pogodzić życie prywatne ze swoją pasją, znalazł salomonowe rozwiązanie. W ramach treningu dojeżdża niemal codziennie do pracy na rowerze z Zawad do Częstochowy. Czasami jedzie drogą okrężną, robiąc nawet 90 km. W ciągu miesiąca przejeżdża na rowerze, łącznie z wyścigami, około 1500 km.

Ten sezon jest dla zawodnika CTC nadzwyczaj udany. Ma już na swym koncie trzy medale mistrzostw Polski. W jeździe indywidualnej na czas przegrał tylko z Robertem Marciniakiem, ubiegłorocznym wicemistrzem świata. W jeździe parami zajął także drugie miejsce, podobnie jak w mistrzostwach Polski ze startu wspólnego.

- Jest to dla mnie miłe zaskoczenie, ale i pewien niedosyt. Zdobyłem trzy medale, ale brakuje mi złotego. Marciniak specjalizuje się w jeździe na czas, Leśniewski w wyścigach ze startu wspólnego, ja jestem kolarzem uniwersalnym – dzieli się wrażeniami zawodnik.

Dariusz Flak postanowił wystartować w tym roku w mistrzostwach świata mastersów, które odbędą się pod koniec sierpnia w Austrii. Tam zamierza rywalizować zarówno w jeździe indywidualnej na czas, jak i wyścigu ze startu wspólnego. Nie chce wypowiadać się na temat swych szans, choć zamierza być wysoko.

- Wyścig szosowy rozgrywany jest tam w górach z ciężkimi podjazdami. Mam nadzieję, że meta zostanie zlokalizowana na płaskiej drodze. Czasówka odbędzie się na płaskim terenie – mówi. – Chciałbym bawić się w kolarstwo jak najdłużej. Jest to dla mnie odskocznia od rzeczywistości.

Autor artykułu: KRZYSZTOF SULIGA

Drogie to “M”

Monday, July 22nd, 2002

Robotnicy zakończyli już pierwszą część prac ziemnych. Wylali część fundamentów, kolejne zbroją. 3 czerwca, po dwóch latach oczekiwania, ruszyła budowa pierwszego budynku, który stanie w ramach Oświęcimskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Znajdzie się w nim miejsce dla 60 rodzin (20 małych i 40 dużych mieszkań). Póki co chętnych na podobny lokal jest 261.

- Z tej liczby większość, to mieszkańcy Oświęcimia, nieliczne przypadki to ludzie z najbliższej okolicy. Od dłuższego czasu ilość chętnych jest taka sama. Tych, którzy donoszą jeszcze podania można policzyć na palcach. Trudno powiedzieć, ile osób zrezygnowało czy zrezygnuje. Nie ma bowiem obowiązku zgłaszania tego do nas. Tak więc wnioski są dla nas swego rodzaju sondażem. Podejrzewam, że jeżeli poprosimy o ostateczne uwiarygodnienie dokumentów przed wybraniem osób do zamieszkania w pierwszym budynku, to wówczas dopiero ujawnią się naprawdę zainteresowani – informuje Bogdan Białecki, prezes OTBS.

Pierwszy budynek ma być gotowy po 50 tygodniach od dnia rozpoczęcia budowy, czyli w okolicach maja przyszłego roku. Wiele zależy od pogody. W listopadzie obiekt powinien być już przykryty. Później nadejdzie czas na prace wykończeniowe. Wiosną do zrobienia pozostanie elewacja budynku i ukształtowanie terenu. Wszystko pochłonie przeszło 5 mln złotych.

- Metr kwadratowy mieszkania powinien kosztować 1750 zł. To bardzo dobra cena w porównaniu na przykład do wykonanego kilka lat temu budynku komunalnego w mieście – dodaje Białecki.

Przy mniejszym, 47 metrowym mieszkaniu, czynsz wyniesie 310 zł. Kwota nie uwzględnia jednak zaliczek na media wodę, wywóz śmieci i c.o. Z tymi ostatnimi czynsz wzrośnie do 437 zł. W takim samym mieszkaniu komunalnym za czynsz musielibyśmy zapłacić 378 zł. Wychodzi więc na to, że własny kąt w TBS będzie droższy o około 60 zł od komunalnego. W przypadku większego mieszkania, o powierzchni 60 metrów kw. za czynsz ze wszystkimi mediami przyjdzie zapłacić 560 zł, czyli ok. 75 zł więcej niż za podobne komunalne.

Obecnie jest już ogłoszony przetarg na roboty projektowe kolejnego niemal dwukrotnie większego budynku TBS, w który ma być 111 mieszkań. Czy będą powstawały kolejne budynki dzisiaj trudno powiedzieć. Wszystko będzie zależało od tego, czy na kolejne mieszkania znajdą się chętni.

Autor artykułu: TADEUSZ JACHNICKI

Wspominali

Monday, July 22nd, 2002

W piątek wieczorem w kinie Piast odbyła się premiera filmu Andrzeja Cebuli i Doroty Pułaskiej “Światło i cień – nieobiektywna opowieść o Kurcie Weberze”. Wcześniej operator filmowy światowej sławy i gość honorowy trwającego w Cieszynie 2. Festiwalu Filmowego “Nowe Horyzonty” spotkał się z dziennikarzami na konferencji prasowej. Poprowadził ją przyjaciel profesora, reżyser Kazimierz Kutz. – Razem z Kurtem jesteśmy przedstawicielami kina dawno umarłego. Trochę czuję się z Kurtem jak eksponat muzealny na tym festiwalu. Przecież naukę w szkole filmowej w Łodzi zaczynaliśmy prawie w tym samym czasie, ja w 1949 roku, czyli w mezozoiku – wprawił dziennikarzy w rozbawienie Kutz. Potem były wspomnienia filmów, dawnych czasów i lat spędzonych przy kamerze.

Autor artykułu: (two)

Grunwald znowu nasz!

Friday, July 19th, 2002

Dwóch rycerzy konnych i dwóch pieszych giermków reprezentowało zawierciańskie Bractwo Rycerskie “Signum Polonicum” podczas tegorocznej inscenizacji Bitwy pod Grunwaldem. Zawiercianie tym razem walczyli w obu armiach. Zbigniew Sawicki, herbu Lubicz, namiestnik bractwa, wcielił się w rolę Zawiszy Czarnego, a Maciej Straszak w czasie bitwy występował jako Arnold von Baden.

Zawiercianie pod Grunwald dotarli w dwóch grupach. Już w środę wyjechały osoby odpowiedzialne za przygotowanie obozu. Siły główne (pięć osób i dwa konie) pojawiły się na miejscu w przeddzień bitwy. Signum Polonicum obok “rzutu bojowego” reprezentowało także dwóch strażników obozowych (Radosław Pachroń i Karol Zerson) oraz białogłowy odpowiedzialne za konie (Nina Bochenek), palenisko i strawę (Magdalena Makieła) oraz porządek w obozie (Dagmara Krawiec). Przed starciem zawiercianie w swoim obozie przyjęli liczną (26 osób) grupę będzińskiego bractwa rycerskiego.

- Zaskoczyli nas, bo przyjechali z rodzinami. Tymczasem w obozie powinni znajdować się tylko uczestnicy bitwy i tabor – mówi Zbigniew Sawicki. – Ostatecznie kilku będzinian wzięło udział w starciu przy obsłudze armat. To najbezpieczniejsze miejsce w czasie bitwy.
Średniowieczna artyleria w tym roku na grunwaldzkich polach była licznie reprezentowana (w 1410 r. armat było niewiele). Odwrotnie rzecz się miała z konnymi rycerzami. Sześć wieków temu stanowili oni zdecydowaną większość, a w sobotę było ich raptem ok. 30.

Zawierciańskie bractwo było przy tym jedynym, które dysponowało pełnym historycznym ubiorem rycerskim tak jeźdźców, jak i koni. Ten fakt oraz doskonała znajomość rycerskiego rzemiosła sprawiły, że występujący w czarnej zbroi Zbigniew Sawicki objął dowództwo nad całą konną chorągwią grunwaldzką, w której skład weszły drużyny z Zawiercia, Warszawy, Gniezna i Sztumu.

- Przybyło kilku jeźdźców bez ekwipunku. Dopiero w obozie trzeba było im znaleźć przynajmniej miecz i hełm – opowiada Zbigniew Sawicki. – Konie bojowe powinny też być przyzwyczajone do szczęku oręża.

Do przedbitewnej tradycji należy sposobienie koni dwóch najważniejszych aktorów bitewnej inscenizacji: króla Władysława Jagiełły i wielkiego mistrza Ulricha von Jungingen. Zadanie to spadło na Macieja Straszaka, który kilka godzin w pełnej zbroi objeżdżał grunwaldzkie pole, przyzwyczajając konie do szczęku zbroi. Dzięki temu od dwóch lat nie było wypadku, by król lub wielki mistrz spadli z konia. Wcześniej zawsze jeden z nich lądował na ziemi.

Podczas sobotniej inscenizacji bitwy głównym zadaniem konnicy było zaprezentowanie walk harcowników na początku starcia, atak krzyżacki na króla Jagiełłę oraz natarcie polskiej jazdy na zgrupowanie wielkiego mistrza. Podczas tego ostatniego doszło do konnego pojedynku Zawiszy Czarnego z Arnoldem von Badenem.

- Walczyliśmy na miecze, kopii praktycznie nie używano. Tylko w czasie szarży na poczet królewski przez chwilę używał jej jeden z krzyżaków – opowiada Zbigniew Sawicki. – Organizatorzy w tym roku mocno zmniejszyli pole walk, tym samym ograniczając manewry konnicy.

Dodatkowym utrudnieniem dla jeźdźców była ogromna masa pieszego rycerstwa, którego liczebność szacowano na blisko dwa tysiące! Pod Grunwald przybyło ponad pół setki bractw z Polski, Litwy, Czech, Ukrainy, Białorusi, Niemiec, Francji i Włoch. Walczono ostro, co zaskoczyło nieco przybyszów z Europy Zachodniej, spodziewających się raczej pikniku. Jeden z Włochów zaryzykował walkę bez hełmu i śmigłowcem został przewieziony do szpitala. Wśród “piechurów” mocno okładali mieczami przeciwników zawiercianie: Dariusz Sadowski, giermek Zawiszy Czarnego i Władysław Grodzki, występujący jako brat zakonny.
Inscenizacja bitwy rozpoczęła się wczesnym popołudniem i trwała ok. półtorej godziny. Starcie obserwowało ponad 50 tys. widzów. Walczącym i mocno obciążonym zwierzętom (zbroja rycerska waży 20 kg, kolczuga końska ponad 10 kg, a do tego dochodzi siodło, uprząż, broń i jeździec) mocno doskwierał upał. Podsumowaniem bitwy, jak co roku była wspólna biesiada rycerska. Tam o zwycięstwie decydowała już nie tyle sprawna dłoń, co mocna głowa.

- Zdarzało się, że i najdzielniejszych rycerzy białogłowy musiały do namiotu prowadzić, gdyż nijak drogi właściwej nie można było znaleźć po “starciach” z braćmi z Białorusi czy Ukrainy – przyznaje Zbigniew Sawicki.

Zorganizowana po raz piąty inscenizacja bitwy grunwaldzkiej była atrakcją nie tylko dla miłośników rycerstwa i militariów. W obozie przygotowano również warsztaty na temat dawnej muzyki, tańca, kowalstwa i średniowiecznej gastronomii.

Autor artykułu: WOJCIECH W. WACŁAWEK